[sekundę...] 
feed

Jestem tchórzem

[05.03.11/22:24]
Odkąd skończyłam studia, czyli od około roku, mam ogromny niedosyt intelektualny. Na studiach człowiek ciągle coś czyta, słucha mądrych ludzi, dyskutuje, od czasu do czasu bierze udział w jakiś konferencjach. Przynajmniej w moim przypadku tak było.

Studia się skończyły i powstała jakaś pustka. Niby dalej czytam książki, ale jednak mniej (praca) i nie zawsze mam o nich z kim porozmawiać, ponieważ niekoniecznie czytali je moi znajomi. Na studiach często rozmawialiśmy o tym, co było omawiane na zajęciach i raczej większość się z materiałem zaznajamiała, więc dochodziło do naprawdę gorących dyskusji.

Kolejna rzecz to to, że nie chodzę już na te wszystkie konferencje, spotkania. Po pierwsze, te uczelniane często są organizowane w godzinach mojej pracy, a po drugie, nie zawsze mam się jak o nich dowiedzieć, bo wiele z nich jest ogłaszanych tylko w formie plakatów na uczelni.

Chciałabym wypełnić sobie czymś tę lukę. Nie mam dzieci, mam mnóstwo czasu po pracy , który głównie spędzam na kanapie z książką/komputerem lub przed telewizorem. I tak przelatuje mi to życie przez palce, jeden dzień podobny do drugiego. Szukam więc czegoś, co by mnie zainteresowało.

Chciałabym działać w jakimś NGOs czy po prostu należeć do jakiegoś środowiska, grupy osób, które robią coś ciekawego. Postanowiłam poszukać czegoś w Internecie i znalazłam. Jest w moim mieście taka knajpka, gdzie organizuje się spotkania z różnymi ludźmi, dyskutuje o książkach, ogląda filmy itp. To jest to, czego szukałam.

Ale tu pojawia się problem. Generalnie jestem osobą otwartą na ludzi, dość śmiałą w kontaktach, ale chyba nie aż tak, żeby samej się tam wybrać. Na studiach byłam otoczona znajomymi, więc pójście na jakąś konferencję czy zabranie głosu w dyskusji nie było takim problemem. A tutaj to niby co? Mam wejść? Przysiąść się do kogoś? Nie przysiadać, usiąść w kącie, poczekać, aż ktoś zagada? To brzmi głupio, ale dla mnie to naprawdę jest ogromny problem, a nie mam nikogo, kto byłby chętny pójść ze mną.

Mam nadzieję, że kiedyś się odważę. Wkurzy mnie w końcu ten marazm do tego stopnia, że wezmę się w garść, przełamię nieśmiałość i pójdę. A później będę się sama z siebie śmiać i dziwić, czego to ja się tak bałam.

komentarze [0]

Minęły 2 miesiące w nowej pracy.

[01.03.11/22:14]
Szybko minęły. Nie wiem, czy to tylko na początku kariery zawodowej tak jest, ale tydzień roboczy mija mi szybko, a z kolei weekend ciągnie się w nieskończoność. To jest piękne. W pracy już wszystko ogarniam, choć na początku było trudno. To moja pierwsza „normalna” praca (tzn. w miarę zgodna z tym, co chciałabym robić – wcześniej, na studiach, pracowałam w pubie) i na początku strasznie się stresowałam. Na szczęście, zaczynam już czuć się pewniej. Dodatkowo sprzyja mi to, że wstaję i chodzę spać o normalnych porach: wstaję o 6, do łóżka kładę się między 22 a 23, a nie tak jak kiedyś nad ranem, gdy już ostatni pijany klient wytoczył się z knajpy. Dawno nie miałam tyle energii. Do tego pracuję z fajną dziewczyną i mam w porządku przełożonego. Minusem są oczywiście pieniądze, choć w porównaniu ze znajomymi nie mam tak źle. Ale cóż, trudno. Przy okazji odkryłam, że zasoby biblioteczne nie są wiele gorsze niż te w księgarni, a filmy widziane w kinie nie różnią się w końcu tak bardzo od tych oglądanych na ekranie komputera. Nie jadam już tak często w mieście – gotowanie zaczyna mi się podobać (nawet zaczęłam piec ciastka), na półkach w łazience królują kosmetyki Ziai i Bielendy, które nie są takie złe, nauczyłam się również jak ukryć wiek zmechaconego swetra.
Uważam więc, że mam wielkie szczęście, zwłaszcza, że wielu moich znajomych ze studiów nadal nie może znaleźć pracy. Dzisiaj przeczytałam artykuł Zygmunta Baumana o sytuacji zeszłorocznych absolwentów (czyli mojej). Tytuł: „O pokoleniu wyrzutków”. W końcu jakiś sensowny komentarz dotyczący tej kwestii. Niby dużo pisze się o bezrobociu wśród absolwentów, ale zazwyczaj są to zarzuty odnośnie złej struktury kształcenia, w skrócie: za dużo jest studentów, a już zwłaszcza nauk humanistycznych i społecznych (to też o mnie), a winę zrzuca się na państwo i tępych młodych ludzi wybierających tak mało obiecujące kierunki. Od komentarzy czytelników pod takimi artykułami można się pochorować i spuścić w kiblu resztki poczucia własnej wartości, jakie bezrobotny młody człowiek jeszcze posiada. Bauman oszczędził absolwentów. Pisze raczej o wymaganiach rodziców, którzy, przeświadczeni o tym, że wyższe wykształcenie gwarantuje sukces zawodowy, mobilizowali swe dzieci do studiowania, a swoje sukcesy zawodowe stawiali jako punkt wyjścia dla własnych dzieci. Bauman pisze również o zmianie pokoleniowej, która zawsze rozpoczyna się od traumatycznych wydarzeń i zderzenia oczekiwań zaszczepionych przez poprzednie pokolenia z nową rzeczywistością. Osoby, które nie umieją się dostosować – odpadają. Z moich obserwacji wynika, że mało kto potrafi się dostosować. Ludzie próbują: idą na bezpłatne staże licząc, że zostaną potem zatrudnieni (wszyscy moi znajomi odbyli staże, tylko jedna osoba dostała później ofertę pracy, większość – propozycję przedłużenia stażu o kolejne kilka miesięcy; w przedstawianiu staży jako świetnego początku kariery zawodowej przodują portale z ofertami pracy. Zaczynam podejrzewać, że są to w większości artykuły sponsorowane przez firmy chcące pozyskać tanią siłę roboczą). Zapisują się na różne kursy, studia podyplomowe. Mało komu się udaje. Z przebojowych ludzi zamieniają się w niedowartościowanych zombie, którzy kiedyś, podczas egzaminów ustnych, tak pewni siebie w rozmowie z autorytetami, trzęsą się jak galareta przed panienkami z HR na tych nielicznych rozmowach o pracę. Bo każda rozmowa to jak walka o życie. O siebie. O resztki poczucia własnej wartości, mocno nadszarpniętego przez tygodnie ciszy.
Cieszę się, że powyższe problemy już mnie nie dotyczą. Mimo że praca sekretarki jest poniżej moich kwalifikacji, nie lubię parzyć kawy, a obniżenie poziomu życia przeżyłam bardzo boleśnie, to uważam się za prawdziwą szczęściarę. I tylko gdzieś w głębi duszy mam cichą nadzieję, że nadejdą bardziej sprzyjające czasy i wtedy będę miała szansę na pokazanie na co naprawdę mnie stać.

komentarze [2]

Reaktywacja

[30.01.11/20:26]
Dawno nie pisałam. Myślałam, że opisywanie tego, co czuję w związku z szukaniem pracy będzie jakąś terapią, ale czytając moje wpisy na blogu jeszcze bardziej się dołowałam.

Na szczęście wszystko się zmieniło wraz z nastaniem nowego roku. Tak, ZNALAZŁAM W KOŃCU PRACĘ Od stycznia pracuję w sekretariacie dość sporej firmy, wiecie: odbieranie telefonów, dbałość o prawidłowy obieg dokumentów, pilnowanie kalendarza szefa, parzenie kawy. Nie jest to praca moich marzeń, ale szukanie posady w firmach z mojej branży nie przyniosło efektów. Zaczęłam więc wysyłać odpowiedzi na oferty pracy w sekretariatach i w charakterze szeroko pojętej pracy biurowej. I znalazłam. Cieszę się: nie spędzam już całych dni rozmemłana w szlafroku na kanapie, z komputerem na kolanach i głową pełną czarnych myśli. Cieszę się, że mam po co rano wstawać z łóżka, że mam o czym opowiadać, gdy ktoś pyta „co u ciebie”. Na razie staram się nie myśleć o tym, że to nie jest to, co chciałabym robić w życiu i że stać mnie na więcej. Pewnie nadejdzie taki dzień, kiedy zacznę myśleć o zmianie, ale na razie na myśl o ponownym szukaniu pracy, frustracji spowodowanej brakiem odpowiedzi na moje CV, przyprawia mnie o nerwowy skurcz żołądka. Więc nie myślę o tym, cieszę się tym, co mam, zwłaszcza, że wśród moich znajomych ze studiów dosłownie paru ma pracę w branży, o jakiej marzy. Reszta nie pracuje, jest na bezpłatnych praktykach, ma podobną pracę do mojej lub pracuje w gastronomii. Także i tak nie mam źle.

Jeszcze gdyby mój mąż zmienił pracę na bardziej satysfakcjonującą... ale o tym kiedy indziej.

komentarze [2]

Zmieniam nastawienie

[06.09.10/20:31]
Moje załamanie dotyczące bezrobocia ostatnio mnie przeraziło: jadę sobie autobusem, zaglądam zza ciemnych okularów przeciwsłonecznych do mijających mnie samochodów, głównie tych lepszych, i staram się zgadywać, gdzie ich kierowcy pracują. ten pan w wielkiego bmw jest chyba prezesem jakiejś firmy, porządna koszula i krawat. ta pani w służbowej pandzie oklejonej logo firmy, także elegancka, ale ciuchy raczej nie pochodzą z wyższej półki, jest pewnie przedstawicielem handlowym. no horror!

Dzisiaj postanowiłam, że przestaję się tak przejmować brakiem pracy. z myślenia o tym nic dobrego nie wyniknie, praca szybciej się nie znajdzie, a skutki takiego dołowania się nie są zbyt dobre dla mojego stanu psychicznego. poza tym jak już dojdzie do jakiejś rozmowy, to jestem niesamowicie zestresowana, jakby od jej wyniku zależało całe moje życie.

Na okazję odstresowania zakupiłam dzisiaj serki pleśniowe, które uwielbiam, wielką pakę chipsów, no i mam jeszcze wino z naszego wesela. wczoraj nawiedziłam empik i jak zwykle zostawiłam tam za dużo pieniędzy, ale wyszłam z kilkoma książkami, które mam zamiar w najbliższym czasie przeczytać. ułożyłam sobie też playlistę z ulubionymi utworami. tak więc życzę wszystkim miłego wieczoru, mój na pewno taki będzie:)

komentarze [0]

Kawa?!

[02.09.10/23:29]
Od dawna zastanawia mnie taka sprawa. oczywiście jest to pierdoła, którą chyba nikt na świecie z wyjątkiem mnie nie zawraca sobie głowy. no ale ja już tak mam, że marnuję cenną energię na głupoty.
Otóż na wielu sklepach i kioskach widnieją szyldy w stylu: sklep spożywczy: papierosy, słodycze, kawa. ok. papierosy rozumiem- ważna informacja. słodycze też jeszcze jakoś. obie te rzeczy szybko się kończą i jest wielu takich (np. ja), którzy i papierosy, i słodycze kupują codziennie. ale kawa??? teraz kawę można dostać w każdym supermarkecie i sklepie spożywczym, w dodatku nie jest to produkt, który kupowałoby się codziennie. więc po co ktoś zamieszcza taką informację na szyldzie? czy naprawdę informacja, że w sklepie można kupić kawę przyciąga tak wielu klientów, że musi ona być w tak widocznym miejscu? i dlaczego kawa, a nie np. olej rzepakowy?
Jedyna odpowiedź, która przychodzi mi do głowy to taka, że właściciele tych sklepów pamiętają PRL, w którym kawa rzeczywiście była wabikiem na klientów i jeszcze nie przestawili się na inny system. ale w sumie to nie wiem, bo w PRLu żyłam całe 3 lata i nic nie pamiętam.
Any ideas?

A tak poza tym, to chyba coś się ruszyło na rynku pracy wraz z nadejściem września (i jesieni - powiedzmy sobie szczerze, lato już się skończyło). przybyło ofert pracy, nawet wysłałam dziś kilka CV, może się ktoś odezwie...

komentarze [0]

Archiwum

Minęły 2 miesiące w nowej pracy. [01.03.11/22:14] komentarze [2]
Reaktywacja [30.01.11/20:26] komentarze [2]
Zmieniam nastawienie [06.09.10/20:31] komentarze [0]
Kawa?! [02.09.10/23:29] komentarze [0]
Ludziom wydaje się, że mają prawo o wszystko zapytać. [31.08.10/22:03] komentarze [3]
1 [29.08.10/23:47] komentarze [2]